niedziela, 13 listopada 2016

Biskupianka w wielkim mieście

Fot. Aleksandra Paprot

Biskupianka zawędrowała i na wystawę "Polska - kraj folkloru?", do obejrzenia w warszawskiej Zachęcie (wystawa czynna do 15 stycznia 2017). W jednej z gablot można zobaczyć album zawierający "wzorcowe" przykłady strojów regionalnych. Karta albumu jest otwarta na wielkopolskich reprezentantkach - dziewczyny w stroju szamotulskim oraz dziewczęcia w biskupiańskiej kopce. Obok jeden z zeszytów Atlasu Polskich Strojów Ludowych - strój szamotulski autorstwa Adama Glapy wydany w 1951 roku. 
Wystawa pokazuje jak etnografowie / historycy sztuki / kolekcjonerzy / artyści / filmowcy definiowali wieś, ale i w jaki sposób kształtowali jej wizerunek.

czwartek, 10 listopada 2016

Coś w zamian (o konferencji w Domachowie 28.10)



Autobus relacji Poznań-Wrocław. Po raz kolejny w tym roku jadę w kierunki Krobi i Biskupizny. Tym razem opowiedzieć o naszej pracy i dlaczego zawracaliśmy głowę mieszkańcom przez tyle czasu.
Zdecydowanie nie spodziewałam się, że aż tylu ludzi przyjdzie nas posłuchać. Z jednej strony wszyscy zaczęliśmy się stresować, ale z drugiej… to przecież było jak spotkanie z trochę dalszą rodziną.
Dobrze się opowiadało, obserwując znane nam już twarze, pojawiające się na nich uśmiechy, gdy rozpoznali swoje wypowiedzi w prezentacjach i zmarszczenia brwi, gdy ktoś pomylił się przy podpisywaniu zdjęć. Inaczej, gdy zamiast „oni” mówiliśmy „wy”.
To niezwykłe uczucie, kiedy ludzie poznani przez kilkoma miesiącami ochoczo ściskają rękę i całują w policzek na przywitanie. Kiedy mówią, że miło wspominają nasze spotkanie albo wyjmują z kieszeni mały woreczek z rodzinnymi zdjęciami, którego zapomnieli pokazać podczas wywiadu. Zapraszają do siebie po raz kolejny, do domu, do wsi, na Biskupiznę.
Bo antropologia to nie tylko zbieranie – historii, wspomnień, zdjęć, ale też dawanie czegoś w zamian ludziom, którzy zdecydowali się poświęcić nam swój czas. [Asia]








                                            Fot. Denisa Zarkova i Anna Weronika Brzezińska

piątek, 9 września 2016

W Krainie Orła Białego



Tym razem spotkanie nie było na Biskupiźnie, ale tuż obok - w Starym Gostyniu. Na środku skrzyżowania Św. Roch strzeże miejscowości i jej mieszkańców. Mijając przystanek po prawej stronie już jest – Kraina Orła Białego, czyli dwa stawy (z jednego wyłania się głowa dinozaura), labirynt kukurydziany (który jeszcze trochę a zostanie ścięty i przerobiony na kiszonkę), chatka biskupiańska z wyłożonym na stół albumem pełnym zdjęć oraz dwa namioty. W jednym miejsce spotkań (najpierw miało być tylko dla rodziny i znajomych), a w drugim…
No właśnie – drugie miejsce przed przybyciem wzbudzało w nas ambiwalentne odczucia. Legendy polskie, kiedy ma się tyle Biskupizny dookoła? Czy to nie tani patriotyzm? Otóż – nie. To miejsce stworzone przez ludzi z pasją, którzy mnóstwo czasu i pieniędzy poświęcili na to, aby odwiedzający mogli odbyć podróż po Polsce. Są poznańskie koziołki, jest smok wawelski, są legendy znad Bałtyku, jest i warszawski bazyliszek moszczący się w pobliżu kolorowych kamieniczek. A na końcu wędrówki można i odnaleźć pierścień Świętej Kingi. Wszystko to zrobione samodzielnie, z pomocą znajomych i przyjaciół, z kolorowymi dekoracjami wykonanymi przez „Biskupianki w podróży”. W między czasie rozmawiamy o Starej Krobi, o tym jak ważna jest parafia wokół której kwitnie Biskupizna, jak trudno dobrze ułożyć kopkę i jak po kolei każde z dzieci nasiąka lokalnością i biskupiańskością.
Po prawie dwugodzinnej rozmowie pełnej osobistych historii usłyszałyśmy to co kluczowe dla naszych badań. Na czym polega przekaz tradycji? Na powtarzaniu małych gestów. Tak jak kiedyś Pani Elżbiecie starsze kobiety poprawiały wstążki, korale i kryzę, tak teraz ona powtarza te same czynności. Sprawdza, aby dzieci miały wszystko na swoim miejscu. Aby spodnie były odprasowane. Korale równo wyłożone. Sukienki właściwie zapięte. Wszystko po to, aby Biskupianie prezentowali się godnie i elegancko.
Tradycja małych gestów. [Anna Weronika]






 Fot. A. W. Brzezińska

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Jaka jest Biskupizna?

Każdy z nas - badaczy - spotkał się z innymi historiami, a z nich w naszych głowach powstał obraz Biskupizny. Poniżej nasze refleksje: 

Biskupizna to właściwie jedna wieś, złożona z kilku. Wszyscy się znają choćby z widzenia. To piękny, rolniczy region, gdzie wszystkie wioski otulone są polami kukurydzy, pomidorów i łąkami. To również wspomnienia najstarszych mieszkańców o barwnych czasach zabaw ludowych. I tańczeniu wiwatów.


Biskupizna to jedna wielka rodzina. To przywiązanie do ziemi, ojcowizny i niesamowita serdeczność wobec drugiego – często obcego – człowieka.


Te obiady u Pani Grażynki!, fot. A. W. Brzezińska


Wydaje się, że Biskupizna to region trochę zamknięty (z początku), ale przy bliższym spotkaniu okazuje się, że to jedna wielka rodzina. Życzliwa i gotowa dzielić się swoją wiedza z tymi, którzy wykażą trochę zainteresowania.



Nie kłamali z tą gościnnością! Do „bazy” zawsze wracałam najedzona. Biskupianie dbają o swój teren i starają się żyć we wspólnocie – na imprezach czy zwykłych „posiadówach”. Mieszkańcy są bardzo pomocni, wszyscy rozmówcy odsyłali  mnie do następnych, którzy zwykle czekali na mnie już przygotowani. I ogromną frajdą było spanie w szkole – emocje jak na biwakach w podstawówce!


 
Nasza noclegownia, fot. A. W. Brzezińska

Biskupizna to otwartość – jeszcze w żadnym innym regionie ludzie nie byli tak serdeczni, bezproblemowi i życzliwi (naprawdę!). Biskupizna to pracowitość – wszyscy ciężko pracują, ale nikt nie narzeka. I widziałam więcej pomidorów niż elementów strojów ludowych.



Biskupizna to bogactwo i pomidory. Kolor stroju tak naprawdę jest od pomidorów, a nie od szat biskupich ;-)



Biskupizna to otwarci i życzliwi mieszkańcy, zaciekawieni naszymi badaniami i ciekawi ich wyników. W każdej wsi, w każdej rodzinie, w każdym z naszych rozmówców kryje się tysiące ciekawych historii. Niby takich samych, niby zwyczajnych, powtarzalnych, ale… osobistych i wartych odkrywania oraz utrwalania. 

Spodziewałam się wielu odmów spotkań z powodu prac polowych i nastawienia "to Wielkopolska, nie Podlasie, tutaj ludzie nie czekają na nas na ławeczkach".  Nikt nie odmówił mi rozmowy! No chyba, że nie czuł się kompetentny, bo na przykład mieszka tutaj od niedawna. Z moich rozmówców nie wszyscy mają w domach stroje biskupiańskie. Niektórzy ich wręcz nie znosili, ubierali je bo musieli, bo ktoś im kazał. Była przez kilka dekad swego rodzaju luka w użytkowaniu stroju. Te, które widzimy dziś były albo własnością prababć i pradziadków, albo nowym nabytkiem młodzieży w zespołach regionalnyc.
 
 
 A to jesteśmy MY! Pamiątkowa fotka wykonana pod starokrobską wiatą, fot. K. Dziubata

Od lewej w II rz.: Marta ze Swarzędza, Asia z Borówca, Hubert z Gniezna, Kasia z Krzyża, Zosia z Nakła
Od lewej w I rz.: Bartek z Poznania, Ewelina z Tarnobrzega, Anna Weronika z Poznania, Karolina ze Wschowy



sobota, 27 sierpnia 2016

Ostatnie wywiady



Ostatni Biskupian [Marta]
Przez tydzień czasu, każdego dnia poznawaliśmy Biskupiznę. I każdego dnia ktoś z naszej grupy słyszał zdanie, że prawdziwej Biskupizny już nie ma. Nie ma, ponieważ coraz mniej osób nosi biskupiańskie stroje. Wielu uważa, że w młodym pokoleniu jest już tylko jeden Biskupian. Ostatni Biskupian.
W piątek wieczorem pojechałyśmy z Karoliną na wywiad do Ostatniego Biskupiana. I dzięki niemu uwierzyłam, że Biskupizna nie umiera. Nie dlatego, że przez dwie godziny rozmawiałam z 25-latkiem ubranym po biskupiańsku, lecz dlatego, że on sam wcale za ostatniego Biskupiana się nie uważa. Biskupizna to coś więcej, niż zewnętrzna szata, stroje ludowe. Biskupizna to pewne wartości i więzi, które łączą tę społeczność. To pracowitość, przywiązanie do ziemi, chęć pomnażania majątku. Jak stwierdził wczoraj nasz rozmówca, dawniej dla Biskupian ważne było, by mieć jak najlepsze konie i bryczki. Dziś chcą mieć jak najlepsze samochody i traktory. Zmieniają się czasy, zmieniają się przedmioty pożądania, jednak wartości drzemiące w Biskupianach pozostają niezmienne. Ostatni Biskupian jest pewien, że Biskupianie przetrwają wszystko. Są silni. Przetrwali rozbiory, przetrwali wojny, zesłania na Syberię i przesiedlenia: do Tarnowa, Piotrkowa Trybunalskiego, nad Bałtyk czy do Niemiec. I zawsze wracali na swoją ziemię, której także i teraz tak łatwo nie oddadzą, na budowę kopalni. 




Fot. K. Dziubata
Wiersze [Anna Weronika]
Zdjęcie wykonano przed budynkiem szkoły (obecnie jest tam wiejska świetlica). W środku bardzo poważny i dostojny siedzi kierownik szkoły - Albin Pokładek. Otacza go chmara dzieciaków, uczniów, mieszkańców Starej Krobi i okolic. Mali Biskupianie, których losy ułożyły się bardzo różnie. To rok szkolny 1946, tuż po wojnie, a przed nimi całe życie, ciężka praca, wybory życiowe. Ale teraz wesoła gromada z ciekawością patrzy w obiektyw aparatu. Pstryk!
Jeden z nich - Tadek - będzie w swoim dorosłym życiu mieszkał i pracował z Zielonej Górze, Głogowie, będzie się znał i przyjaźnił z Janem Bzdęgą, będzie pracował jako statystyk (zamiłowanie do tabelek i wykresów cały czas w nim jest!). I jako dorosły Tadeusz swój pierwszy wiersz poświęci kościołowi w Domachowie, tam też będzie odwiedzał rodzinne groby. Mieszkając i pracując w Gostyniu znajdzie i czas na chwilę zadumy i zastanowienia nad Biskupizną i jej krajobrazem. Łąki i pola, wspomnienie Matki, muzyka i dudy, sąsiedzi i wspomnienia - to wszystko zostanie w jego twórczości. Obrazki z Biskupizny malowane słowem i sercem.
 Uczniowie szkoły w Starej Krobi, z archiwum T. Wujka, fot. A. W. Brzezińska


 Pierwszy wiersz, z archiwum T. Wujka, fot. A. W. Brzezińska

 Mama, z archiwum T. Wujka, fot. A. W. Brzezińska

 Figura, która kiedyś stała w Starej Krobi, z archiwum T. Wujka, fot. A. W. Brzezińska

 Dedykacja, z archiwum T. Wujka, fot. A. W. Brzezińska