czwartek, 25 sierpnia 2016

Bukownica, Potarzyca, Wymysłowo oraz nasze plony

Bukownica. Powrót na badania [Bartek]
Ostatni raz na studenckich badaniach byłem w 2010 roku, a odwiedziny w Starej Krobi to swego rodzaju "powrót do przeszłości". Choć samą Biskupiznę odwiedzam po raz pierwszy i jestem tu w trochę innym charakterze. Dzień zaczął się w Lesznie, skąd wyruszyłem rowerem do Starej Krobi. Niby tylko 33 kilometry, ale aura okazała się mało łaskawa. No, ale co to dla badacza. Wiejskie sklepiki zawsze sprzyjają badaczom. Przerwy na lody, zimne napoje i łapanie cienia w przysklepikowych ogródkach.
W końcu jednak docieram do Starej Krobi. Chwila relaksu, studencki posiłek i ruszamy z Martą na podbój Biskupizny. W drodze wspominamy różne wcześniejsze badania, wymieniamy doświadczenia, ale celem jest oczywiście zdobycie informatora. Najpierw jednak konieczne są odwiedziny w sklepie, bo niby już 17, ale słońce nie odpuszcza. Niestety najbliższy sklep trzy kilometry od nas, a w dodatku nie w naszym kierunku.
Po uzupełnieniu płynów i kalorii kierujemy się do informatorów. Właściwie to kieruje nas zapytana mieszkanka jednej z wsi - Tą drogą dojedziecie, cały czas jedźcie prosto! - zapewnia nas.
No to jedziemy. Droga nie wygląda źle. Niby kocie łby, ale da się jechać. Problem w tym, że w pewnym momencie kamienie zamieniają się w szuter, potem w łąkę, a na końcu w świeżo skoszone pole. A dalej nie ma niczego, a właściwie jest... kanałek. W oczach stają mi badania na Żuławach w 2008 roku. Tam również pewnego lipcowego dnia z koleżanką - nomen omen - Martą, zabłądziliśmy między kanałami. Wtedy wychodzenie trwało dwie godziny. Dziś udało się szybciej, po 20 minutach znajdujemy drogę i trafiamy do informatorów.
A wywiad? Kto kiedykolwiek był na badaniach, wie, że informatorzy są różni, rozmowy są różne. Tym razem rozmówców jest trzech. Mąż, żona i ojciec kobiety. I każdy z nich jest inny. Ton rozmowie nadaje mąż, żona raczej słucha, a dziadek wtrąca swoje uwagi. Wywiad jest jednak niezły, prezentacja strojów ludowych, przypominanie gwary. Klasyka etnografii. Jadnak największe wrażenie robi rodzinny album prowadzony od lat dwudziestych z dokładnymi podpisami. Takie znaleziska trafiają się rzadko, a dla mnie to drugi taki album, na który udało się trafić. Niesamowite wrażenie.
To był intensywny dzień, ale było warto wrócić na chwilę w teren i przypomnieć sobie studenckie badania. 
 Rodzinny album, fot. B. Stańda

 Korale po babci, fot. B. Stańda

 Stop kopalni, fot. M. Machowska

Witacz, fot. M. Machowska

Potarzyca i sok z aronii [Zosia]
Są takie momenty w trakcie badań, kiedy uświadamiam sobie, że zaczynam odrobinę przywiązywać się do terenu. Tak też było w Potarzycy – niewielkiej wioski położonej kilka kilometrów od Krobi. Podczas drugiej wizyty zawędrowałam do domu, poleconego przez poprzednich rozmówców. Nie byłam wcześniej umówiona, poszłam „z marszu”.
–  O, pani etnolog z Poznania! My się trochę pani spodziewaliśmy, mamy przygotowanych kilka zdjęć i pamiątek. Proszę wejść.
Takie powitanie wprawiło mnie w niemałe osłupienie. Ale czemu się dziwić – sami mieszkańcy mówią, że gościnność jest cechą charakterystyczną dla tutejszych. Symbolem niemal. Na jednego z Potarzyczan mówili nawet Gościnny, bo prowadził kiedyś karczmę. Wspólne biesiadowanie nie jest zresztą tutaj czymś obcym. W nowo wyremontowanej świetlicy organizowany jest Dzień Babci i Dziadka, Wigilia czy inne imprezy związane z corocznymi świętami. Młodzi ludzie też dbają o wspólną przestrzeń i sami aranżują sobie czas – jakiś czas temu zajęli się salą nad OSP, gdzie stworzyli własnymi rękoma siłownię. Za budynkiem OSP i przyległym do niego sklepem dzięki inicjatywie Stowarzyszenia „Razem raźniej” zbudowano altanę, postawiono ławki i miejsce na ognisko – tak zwany gościniec.
Ja również doświadczyłam lokalnej życzliwości, bowiem wyjeżdżałam ze wsi nakarmiona przez rozmówców. Dostałam też własnej roboty sok z aronii. Nic, tylko jeździć i badać!

 Monumentalne budynki gospodarcze, fot. Z. Lamprecht

 Jeśli wpis robi Zosia to wiadomo, że jakieś zwierzaki muszą być ;-), fot. Z. Lamprecht

 Praca wre, fot. Z. Lamprecht

 Nówka-sztuka, fot. Z. Lamprecht

Gościniec w gościnnej Potarzycy, fot. Z. Lamprecht

Wymysłowo i legendy wiejskie [Karolina]
Ongiś niedaleko Krobi, na tak zwanej Łysej Górze w wiosce Wymysłowo wznosiło się potężne zamczysko. Zamieszkiwał je pan możny wprawdzie i bogaty, ale skąpiec obrzydliwy. Miał on córkę jedynaczkę imieniem Dobruchna. Piękne to było nad podziw dziewczę i niezwykle dobre.Ojciec trzymał ją w zamknięciu srogim i nie pozwalał wychodzić poza mury zamku,obawiał się bowiem, że ktoś się w niej zakocha; wiana zaś skąpiec nie chciał nikomu dawać. Wieść o pięknej pannie rozeszła się jednak szeroko po okolicy.Wielu młodych rycerzy starało się o jej rękę, ale na próżno. Nie tylko, że nie ujrzeli Dobruchny, ale w dodatku stary skąpiec precz odpędzić ich kazał od progów zamkowych. Krążyli tedy dokoła i myśleli nad tym, jakby to się dostać do pięknej panny. Lecz nic wymyślić nie mogli. Tylko miejscowość, w której tyle czasu strawili myśląc, otrzymała nazwę Wymysłowo. 
Wymysłowo znajduje się w połowie drogi między Krobią a Domachowem. Ze Starej Krobi, gdzie mieszkamy są tutaj niecałe 4 kilometry. Jadąc wojewódzką 434 pojedziemy przez Żychlewo i nacieszymy oczy widokiem niekończących się biskupiańskich pól. Od strony Domachowa pojedziemy nieco krócej i zobaczymy to legendarne miejsce, gdzie miała mieszkać piękna Dobruchna. Łysa Góra jest jednak o wiele mniejsza, niż wskazuje na to wymysłowska opowieść. Trudno wyobrazić sobie na niej potężne zamczysko. Tylko jej nazwa się zgadza i funkcjonuje do dziś, przypominając mieszkańcom wsi o miejscu w którym się niegdyś bawili. 
Ze Starej Krobi do Wymysłowa można dojechać też na skróty przez pola. Dwukilometrowa trasa ma jednak do zaoferowania nieco więcej niż piękne krajobrazy z 434. Kilkaset metrów przed wsią, pośrodku niczego znajdują się cztery rzędy ogromnych lip, w których cieniu spoczywa historia miejscowości. To cmentarz ewangelicki, pozostałość po niemieckich osadnikach Wymysłowa. A raczej jego resztki. Połamane płyty nagrobne leżą w dwóch stertach a wykopane doły chowają się pod bluszczem, barwinkiem i pokrzywą. Jedni mówią, że Polacy, którzy sprowadzili się w te strony po wojnie zniszczyli niemieckie groby a części ogrodzenia cmentarza niektórzy wykorzystali w swoich gospodarstwach. Inni natomiast uważają, że to naukowcy prowadzący w Wymysłowie swego czasu badania archeologiczne zostawili cmentarz w opłakanym stanie. Nikt nie wie, co się tak naprawdę stało z miejscem, gdzie spoczywali Heinrich, Eva Dorothea, Willi i Gustav. Tylko lipy, ale one nic nam nie powiedzą.  





Cmentarz ewangelicki, fot. K. Dziubata

Plony [Anna Weronika]
Plon niesiemy plon, z tych żychlewskich stron,
ten wianeczek ten kłosiany, złotą nitką przeplatany, plon niesiemy plon.
I po żniwach, i po dożynkach, a za chwilę będzie i po lecie... Kolejne dni na Biskupiźnie to nowe historie, nowe kontakty, godziny spędzone na poznawaniu skomplikowanego systemu pokrewieństwa (kuzyn męża mojej kuzynki z czwartej linii). Dożynki odbyły się tradycyjnie, tak jak zawsze.  W kościołach w Krobi i Domachowie jeszcze je można było zobaczyć. A i my mamy swoje plony, a właściwie dary, którymi nas obdarowują gościnni mieszkańcy Biskupizny. Książki, zdjęcia, herbatki, jajka, ciasta. Obdarowuje nas i sama Biskupizna - wracając z wywiadu można skubnąć rumiane jabłko z rosnącego przy drodze drzewa. Bogata Biskupizna - bogata gościnnością i niekończącymi się historiami, które cierpliwie wysłuchujemy, nagrywamy i spisujemy.
Dożynkowy wystrój kościoła w Domachowie, fot. A. W. Brzezińska



Biskupianka, fot. A. W. Brzezińska
 

Wieniec z Potarzycy w krobskim kościele, fot. A. W. Brzezińska



Prezenty,  fot. A. W. Brzezińska
 
I następne prezenty, fot. A. W. Brzezińska

środa, 24 sierpnia 2016

Sułkowice, Stara Krobia, Posadowo oraz telewizja!


W Sułkowicach [Asia] 
W Sułkowicach Biskupian spotykam już pierwszego dnia. To tradycyjnie ubrana para, choć sukienka panny młodej jest już nieco wyblakła a jaka pana młodego lekko tylko przypomina o kolorze biskupim, jaki zapewne kiedyś miała. Obydwoje patrzą na mnie ze ściany jednego z domów.
Udaje mi się porozmawiać z jego mieszkanką, panią Antoniną, urodzoną w Sułkowicach. Dla niej, Biskupizna to właśnie stroje, które ma namalowane na domu. A także muzyka i tańce. O swoim mężu, niegdyś grającym na dudach mówi „prawdziwy Biskupian”.  Kiedy pytam panią Antoninę o legendy albo opowieści, które mogła usłyszeć od swoich rodziców, odpowiada „Najwyżej jakie piosenki…”, a potem pyta „Dana moja dana nie pójdę za pana, może być taka?”
I od razu zaczyna śpiewać.
W samych Sułkowicach, jak i w całym regionie jest wiele sposobów wyrażania „biskupiańskości”.
Jedni, za najbardziej biskupiańskie uznają stroje, muzykę i tańce.
Inni, urodzeni i wychowani w sercu Biskupizny uciekają od wszelkich przejawów folkloru, ale z dumą mówią o sobie „Biskupianie”.
Jeszcze inni pochodzący z różnych części Polski, choć mieszkają tu przez prawie całe życie twierdzą, że za Biskupian to tylko się przebierali, kiedy sąsiadka użyczała im stroju.

A my właśnie tych wszystkich sposobów szukamy.
 W Sułkowicach, fot. J. Urbańska

 Na szlaku, fot. J. Urbańska

Mural, fot. J. Urbańska


Bo wszyscy Biskupianie to jedna rodzina - Stara Krobia [Marta]


Poniedziałek. Pierwszy dzień w terenie. W Starej Krobi na samym początku skierowałam się do pani Ani. Każdy ją polecał, bo dużo wie, bo lubi rozmawiać. Wchodzę na podwórko. Przedstawiam się, chcę powiedzieć kim jestem i co robię. Nie muszę. Pani Ania i jej koleżanka znakomicie to wiedzą. Bo ksiądz mówił na mszy, że będą etnolodzy, że można z nimi porozmawiać. I sołtys też informował. Wskazała miejsce na ławce, żebym usiadła, to sobie porozmawiamy. I rozmawiałyśmy, zajadając słodkie winogrona z ogródka. Po jakimś czasie przynosi książkę „Biskupiański rok obrzędowy”, żeby pokazać strój biskupiański. „Bo wie Pani, ta dziewczyna na okładce ma źle upięte włosy. Żadnej wsuwki nie powinno być widać. Źle to zrobili”. One wiedzą najlepiej, ponieważ pamiętają Biskupianki, które jeszcze chodziły w strojach ludowych na co dzień i od święta. „Babcia kazała, żeby ją pochować po biskupiańsku, w stroju i w koralach”. Nie tylko ona. Pan Jerzy, następny rozmówca, stwierdził, że dziś prawdziwe korale biskupiańskie można spotkać tylko w Domachowie na cmentarzu.
Oglądamy dalej album. Pani Ania pokazuje kolejne zdjęcia:
- To moja kuzynka. A to mój kuzyn. A to wnuczka, a tam siostry syn. Bo wie Pani, nas dziewiątka rodzeństwa była. Tu na zdjęciu moja najbliższa rodzina. Dzieci i wnuki tylko. - A na zdjęciu doliczyłam się 38 osób.
- A ten zespół z Domachowa?
- A to go zakładał Jan Bzdęga z moją ciocią. Jej córka mieszka w Domachowie, można z nią porozmawiać. To do kogo teraz Pani idzie? Do Marii? Wie Pani, to moja kuzynka. Nasze mamy były siostrami”.
I poszłam do jednej Pani Marii, do drugiej Pani Marii i do Pana Franka. Jak się okazało, wszyscy byli ze sobą blisko spokrewnieni. I nikogo nie musiałam prosić by mnie wpuścił i porozmawiał, ponieważ każdy wiedział, że przyjadą etnolodzy.
Na drugi dzień idę przez wieś do sklepu. W oddali widzę Panią Anię. Podchodzę, żeby się przywitać, a ona wita mnie radośnie: „Dzień dobry! Dokąd Martusia zmierza?. Miło poczuć się chociaż częścią tej wielkiej, biskupiańskiej rodziny.
 Witamy!, fot. M. Machowska

 Kampania pomidorowa, fot. M. Machowska

 Droga do..., fot. M. Machowska

 Duma Starej Krobi, fot. M. Machowska

 Krobski koteł, fot. M. Machowska


W Posadowie [Ewelina] 
W teren wyruszyłam licząc właściwie jedynie na łut szczęścia, że rozmówców znajdę dosłownie na ulicy. Posadowo przywitało mnie iście romantycznym obrazkiem – po obu stronach drogi drzewa, głównie stare, mostki nad małą rzeczką prowadzące do domów i ławeczki. Na jednej z takich ławeczek siedział przyjaźnie wyglądający starszy pan, który rozbudził moją nadzieję, że oto znalazłam rozmówcę. Nie zaskoczyło mnie stwierdzenie, że pan nic nie wie i nie umie ładnie mówić. Zaskoczeniem było to, że postanowił pomóc „pani z Poznania” i bardzo się w tę pomoc zaangażował. Chodziłam więc za panem Stanisławem odwiedzając kolejnych sąsiadów by ostatecznie wyruszyć na poszukiwanie tajemniczego „Pana N.”. Pan N. okazał się być równie sympatycznym i rozmownym człowiekiem, który oczywiście również „nic mi nie powie”. I tak stałam z dwoma panami na ulicy, od pół godziny słuchając opowieści o dawnym Posadowie, Biskupiźnie i o tym, jak się kiedyś ludzie umieli bawić. A także o tym, że (jak się nagle okazało) jeden z panów śpiewa w „Biskupianach”, a drugi gra na harmonii, dudach i wielu innych instrumentach. W końcu Pan N. skapitulował i zaprosił mnie do środka, by pokazać zdjęcia oraz instrumenty. Zaszczycili mnie nawet prywatnym koncertem! I tak po dwóch godzinach przyjemnej rozmowy zostałam odprowadzona przez obu panów niemal pod drzwi mojej kolejnej rozmówczyni, ich koleżanki z zespołu Andzi. Na odchodne zapewnili, że na nadchodzącym festiwalu w Domachowie nauczą mnie, jak się tańczy wiwata i wyrazili chęć zagrania na moim weselu. To się nazywa udany początek badań!
 Droga przez Posadowo, fot. E. Panek

 Informatorzy :-). fot. E. Panek


Telewizja! [Anna Weronika]
Przedwczoraj telefon:
- Co robią państwo na Biskupiźnie? I skąd pomysł, aby tam pojechać? - to Uniwersyteckie Studio Filmowe UAM zainteresowało się naszymi działaniami. Od godziny 12.00 czekaliśmy na nich w szkole w Starej Krobi (naszym miejscu noclegowym i wypadowym), razem z Panem Dyrektorem, paniami prowadzącymi w szkole Izbę Tradycji oraz z Panią Dyrektor Centrum Kultury w Krobi. Bo opowieść o naszych działaniach jest też opowieścią o miejscach i o ludziach, którzy je tworzą. Było zatem o działaniach szkoły, o zespole, o dokumentowaniu folkloru. A potem wspólnie odwiedziliśmy nasze gościnne Informatorki i uchyliliśmy nieco rąbka tajemnicy z cyklu "warsztat badacza terenowego". Pani Agnieszka opowiadała o dożynkach w Starej Krobi, a Pani Joanna opowiedziała o stroju ludowym.
A wieczorem czas na podsumowanie i... praca przy segregowaniu materiału i transkrypcjach.
Badania w toku!
 Tu mieszkamy (i transkrybujemy), fot. A. W. Brzezińska

 Asia udzielająca wywiadu, fot. A. W. Brzezińska

 Pani Agnieszka, Karolina i Asia, fot. A. W. Brzezińska

 Telewizja terenowa!, fot. A. W. Brzezińska

 Pani Joanna i Kasia, fot. A. W. Brzezińska


 
Wieczorne podsumowanie, fot. A. W. Brzezińska